Autor - Jon Katz
Tytuł oryginału - A Dog Year: Twelve Months, Four Dogs, and Me

Format: 145 x 205
Ilość stron: 192
Oprawa: twarda
Papier: offset
Rok wydania: 2008
Wydanie: 1
Kod EAN: 978837579011
ISBN: 978-83-7579-011-5

Długo oczekiwana przez czytelników,
druga po DOBRYM PSIE
książka Jona Katza.

FRAGMENT:

– Devon, zostań! Devon, zostań! – powtarzałem cicho jak zaklęcie. – Jestem twoim nowym przyjacielem. Jestem
w porządku. Wszystko jest w porządku, już dobrze. Zostań. Zaraz pojedziemy do domu.
Uważałem, aby mój głos brzmiał uspokajająco i równo. Miałem nadzieję, że powtarzanie tych samych słów stopniowo go wyciszy, choć sam całkiem się zasapałem i spociłem.
Z kieszeni spodni wyciągnąłem psiego biszkopta. Przenikliwe oczy skupiły się na mnie,
a potem zerknęły na ciastko. Położyłem smakołyk na podłodze i podsunąłem w stronę zwierzaka. Zignorował go, patrząc niemal pogardliwie. Jak mogłem pomyśleć, że można go kupić tak tanio? Wyglądał na obrażonego.
I widziałem, że wciąż kalkuluje, kalkuluje i kalkuluje: „Czy zdołam uciec? Czy uda mi się ominąć tego cymbała i tych wszystkich ludzi?”. Na chwilkę jego oczy przykuła bagażowa karuzela. A może to jest odpowiednia droga ucieczki? Potem, jak gdyby nagle ogarnęła go rezygnacja, odrobinę się rozluźnił. Niewykluczone, że zrozumiał, iż terminal nie prowadzi nigdzie. Nigdzie, dokąd chciałby pójść. Powoli, centymetr po centymetrze, pełzłem ku niemu na kolanach, przemawiając spokojnie i czując się niczym policyjny negocjator. Teraz nastąpił ważny moment. Mój niepokój potęgowała całkowita niepewność.
– Zostań! – powiedziałem bardziej zdecydowanym głosem, podnosząc rękę. – Zostań, Devon, wszystko w porządku.
Teraz wydawało się, że jest nawet lekko ubawiony. Zaczął zwracać na mnie uwagę, koncentrował się na mnie, analizował moją technikę, ciekawie przechylając głowę, kiedy gestykulowałem. Zdecydowanie słuchał mnie, mierzył spojrzeniem.
Podszedłem bliżej, wystarczająco blisko, aby delikatnie podrapać go za uchem. Ochroniarze zaczęli się wycofywać. Ale potem jakieś dziecko krzyknęło i Devon znowu wyprężył się z dzikim spojrzeniem. Jednak znowu go podrapałem i poklepałem po grzbiecie. Wymacałem obrożę i zaczepiłem smycz na metalowym kółku. Nie sprzeciwiał się i nie uciekał. Po prostu nie przestawał na mnie patrzeć.
Smycz ostatecznie go uspokoiła, jakby nareszcie zrozumiał, co ma robić, to znaczy iść ze mną. Ochroniarze odetchnęli z ulgą i mamrocząc coś pod nosem, udali się do ważniejszych zadań. Przecież w końcu nikt nie został pogryziony ani ranny.
Od tej chwili ludzie z tłumu zaczęli wymieniać uwagi o tym, jak piękny jest Devon,
i potakiwali z sympatią, kiedy głośno wyjaśniałem, że pies przebył daleką drogę aż
z Teksasu, że to jego pierwszy w życiu lot i pierwsze spotkanie ze mną. A był naprawdę piękny, ten derwisz, który na moje oko musiał ważyć jakieś dwadzieścia kilogramów.
Trzymałem smycz lewą ręką, Devon niepewnie stąpał obok, ponieważ ciągnąłem za sobą klatkę, a on nie chciał mieć z nią więcej do czynienia.
– Noga! – spróbowałem wydać komendę, co nie odniosło specjalnego efektu. Jednak nie próbował także uciekać. W tym momencie byłem wszystkim, co miał.
Wyszliśmy na zewnątrz i minęliśmy mnóstwo, ale to mnóstwo ustawionych rzędami samochodów, aż dotarliśmy do mojego. Z początku szarpnął w jedną stronę, potem
w drugą, ale wkrótce przeszedł na równy kłus przy nodze, skręcając tam, gdzie ja
– wyróżnik szkolonego psa. Może po prostu nie znałem odpowiednich komend.
Najpierw otworzyłem tylne drzwi vana i wepchnąłem do niego olbrzymią klatkę, potem obszedłem auto z boku, wciąż trzymając smycz. Ciekawość przezwyciężyła strach. Devon obserwował wszystko dokoła, reagował na każdy dźwięk, na światła, autobusy
i na ludzi. Jego oczy były zdumiewająco wyraziste i czujne.
Wyjąłem słój i miskę, po czym wlałem mu trochę wody. Wychłeptał łapczywie. Potem przykucnąłem obok niego na chodniku. To było surrealistyczne spotkanie w okropnym świetle żółtych reflektorów ostrzegawczych, obok strumienia mknących mimo nas aut; jednak Devon się nie poruszył. Dałem mu następnego biszkopta. Przełknął. A potem jeszcze dwa.
Powoli wyciągnąłem rękę i podrapałem go w sam czubek głowy. Postawił uszy. Pierwszy raz. Co jakieś trzydzieści sekund wzbijał się nad naszymi głowami odrzutowiec, a Devon trochę się trząsł, ale po kilku startach przyzwyczaił się.
– Devon, posłuchaj mnie, kolego – zacząłem znowu. – Będzie dobrze, zobaczysz.
Spojrzał na mnie, na niebo ponad nami i wydał mi się całkiem zagubiony i pokonany. Wciąż go głaskałem i podawałem biszkopty, które zjadał. Podejmował decyzje w mojej sprawie, a ja w jego.
– Teraz wsiądziemy do samochodu. I pojedziemy do domu – wyjaśniłem. – Nie wiem, jak ci było przedtem, ale ja pracuję w domu, zostanę z tobą, zapewnię ci mnóstwo spacerów, mnóstwo jedzenia i mnóstwo cierpliwości. Zaopiekuję się tobą. Dajmy sobie szansę, dobrze? – Wyciągnąłem rękę, a on liznął ją, raz, bardzo delikatnie.
Otworzyłem drzwi i Devon wskoczył na przednie siedzenie, jakby to robił tysiące razy. Nieznacznie uchyliłem okno, a pies wystawił nos na zewnątrz. Ciekawość wciąż była moim sprzymierzeńcem – z samochodu lotnisko raczej fascynowało, niż przerażało. Mimo to, kiedy podjechaliśmy do budki parkingowej, zeskoczył na podłogę, żeby się ukryć.
Potem wskoczył z powrotem, spoglądając raz na mnie, raz przez okno. Koła się zakręciły. „Kim jest ten facet? Co to za miejsce? Dokąd jedziemy?”.
– Wszystko w porządku – powtarzałem. – Będzie dobrze.
Chwilami wydawało się, że mi wierzy.
Piętnaście minut później zajechaliśmy pod mój ganek. Labradory, merdając ogonami, przyczłapały pod płot. Głowa Devona poszła w dół, uszy opadły i trzy nosy z wielką rezerwą się zetknęły. Julius patrzył na mnie z żalem, wyraźnie zmartwiony, Stanley, odrobinę bardziej dominujący w tej parze, przybrał pozę sceptyka.
Postanowiłem wziąć Devona na krótki spacer, zanim przedstawię go Pauli i pokażę mu dom. W trakcie przechadzki tak swobodnie szedł przy nodze, z nosem przy ziemi obwąchując chodnik, że po raz pierwszy tego wieczoru odetchnąłem z ulgą. Moja podmiejska, wysadzana drzewami uliczka była o wiele spokojniejsza w porównaniu
z lotniskiem Newark.
Przedwczesne odprężenie – mocnym szarpnięciem Devon wyrwał mi smycz z ręki
i zniknął. Rozglądałem się dookoła; nigdzie nie było śladu po nim! Wtem zerknąłem na przejeżdżającego minivana i zobaczyłem, że siedzi sobie spokojnie na dachu niezrażony ruchem samochodu. Nie wierzyłem własnym oczom. Nie mogłem uwierzyć. Przecież psy nie latają!
Wymachując trzymaną w prawej ręce łopatką na odchody, z krzykiem rzuciłem się za nimi.
– Hej, hej! Stop! Zatrzymaj się! Na dachu jest pies!
Sąsiedzi, którzy właśnie wyprowadzali swojego teriera, rozdziawili usta ze zdumienia.
Van zwolnił – pełen ufności akt kierowcy, który prawdopodobnie spojrzał we wsteczne lusterko, aby zobaczyć, co jest powodem zamieszania. Bóg jeden wie, co on czy ona pomyśleli na widok stukilogramowego faceta galopującego ulicą, wymachującego jakimś dziwnym przedmiotem i wrzeszczącego na całe gardło. W każdym razie van przyśpieszył.
Dobry Boże, myślałem, jak on tam wlazł?
Stanąłem i krzyknąłem ile sił w płucach:
– Devon! Do mnie! Już! – mój głos nie był błagalny, lecz pełen wściekłości.
Po przejechaniu jakichś trzydziestu metrów pies zeskoczył z auta tak zręcznie, jakby to był maleńki podnóżek, i wylądował na chodniku.
– Siad! – wrzasnąłem i Devon usiadł. Spojrzał na mnie w zdumieniu, chyba się zastanawiał, o co tyle hałasu. Potem odwrócił pysk, jakby się wstydził albo bał, że
go uderzę. Siedział absolutnie nieruchomo, aż chwyciłem smycz i poszliśmy z powrotem do domu.
Tak oto zaczął się mój psi rok.
 

 

 

Więcej w tym dziale:


Ważne: Użytkowanie Witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookie. Szczegółowe informacje w Polityce prywatności.