Myśliwi z Warszawy, m.in. funkcjonariusze BOR i policjanci, budzą grozę w lasach koło Turska

Mieszkańcy czterech położonych w szczerym polu koło Turska (gm. Miastko) domów nie wychodzą wieczorami na podwórka. Czasami tylko uchylają firanki w oknach oświetlanych reflektorami terenowych samochodów. Boją się nawet palcem kiwnąć, gdy w okolicy polują myśliwi z Koła Łowieckiego Koliber Warszawa, które zrzesza m.in. czynnych funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu, policjantów, biznesmenów, a także emerytów. Do miasteckiej policji wpłynęło już drugie zgłoszenie, bo ludzie obawiają się nie tylko o swoje bezpieczeństwo, szkoda im również zabijanej zwierzyny leśnej.
Mieszkańcy twierdzą, że widzieli np. jak myśliwi dwoma jeepami najpierw zagonili dziki w jedno miejsce, oślepiając je mocnymi halogenami, a potem wystrzelali wszystkie jak kaczki.

- To już nie jest polowanie, ale krwawa jatka. Reguły myślistwa są im zupełnie obce. Oni przyjeżdżają do nas się wyszaleć. Zdarza się, że strzelają koło domów, a nikt im do tej pory niczego za takie występki nie zrobił - żali się Henryk Frąckowiak z Turska. - Dojdzie w końcu do tego, że jakaś zbłąkana kula wleci przez okno i dopadnie mnie albo któregoś z sąsiadów. Wtedy może jednak nadejdzie wreszcie kres tych dziwnych polowań. Już trzy lata temu ludzie zgłosili ten problem policji. Sprawę jednak wtedy umorzono z powodu braku dowodów.

- Ale przynajmniej przez te trzy lata był spokój. Widocznie zreflektowali się. Teraz, niestety, powrócili - dodaje Henryk Korycik, także mieszkaniec Turska. - Sądzę, że ci panowie muszą sobie upolować kilka zamrażarek mięsiwa na święta. Nie mam z nimi szans - stwierdza Korycik, który już raz zadarł z myśliwymi. Sam jednak był też winny. Myśliwi zastrzelili mu psa rasy rottweiler, z którym spacerował pewnej styczniowej nocy. Księżyc był wtedy w pełni. Łowczy nawet się nie zastanawiał i powalił jedną kulą ważącego 60 kilogramów psa.

- Taki mamy obowiązek. Właściciel puścił tego psa luzem i zwierzak zaczął polować na sarny. Mężczyzna dostał później za to mandat, a teraz się na nas odgrywa - ocenia Janusz Stępniewski, prezes Koła Łowieckiego Koliber. Korycik przyznaje się do błędu i zapewnia, że się nie odgrywa, co zresztą potwierdza też jego sąsiad.

- Zajście z psem to jedno, a regularne rzezie z użyciem nowoczesnych aut i szperaczy to drugie. Mieszkamy przecież na pustkowiu i budzimy się w nocy oślepiani tymi szperaczami - mówi Frąckowiak.
Mieszkańcy powiadomili więc znowu policję o powrocie panoszących się w Tursku myśliwych.

- Ustalenie faktów będzie niezmiernie trudne. Nie dostaliśmy nawet numerów tablic rejestracyjnych tych samochodów - zastrzega Marek Mazur, komendant policji w Miastku.
Miejscowi są zdegustowani tłumaczeniem policji.

- Tamci mają sprzęt, którego w komisariacie nigdy nie będzie. Mają też warte kilkaset tysięcy złotych terenówki, którymi po tych polach szybko uciekną - ucina Korycik. Myśliwi bronią się i odpierają wszystkie zarzuty.

- Gospodarujemy tym obwodem już 45 lat. Nasze koło powstało przy Biurze Ochrony Rządu. Teraz jednak jego struktura nieco się zmieniła, bo na 40 członków mamy tylko 3 czynnych funkcjonariuszy BOR - tłumaczy Janusz Stępniewski z Kolibra. - Ludzie tego nie wiedzą i sądzą, że rozpanoszyli się u nich "borowcy". Nikt tu się nie rozpanoszył, a tym bardziej "borowcy". Sprzęt mamy dobry, ale nikt z nas nie kłusuje. Te światła, o których mowa, to blask latarek - jak ktoś upoluje sztukę, to musi sobie oświetlić drogę. Wielu z nas ma latarki kryptonowe, które świecą nawet na pół kilometra i dlatego może ludziom wydaje się, że to są szperacze. Fakt osaczania zwierzyny szperaczami może i zaistniał, ale to nie nasza sprawka. W tym obwodzie odnotowano już przypadki kłusownictwa. Doskonale wie o tym Państwowa Straż Łowiecka, która prowadziła dochodzenia. Nasze koło zrzesza prawdziwych myśliwych. Nie łamiemy zasad i nie jesteśmy kłusownikami - podkreśla. Mieszkańcy mają jednak wątpliwości. - Kłusowników nie stać na auta warte 200 tysięcy złotych, a takimi właśnie osaczano m.in. dziki - stwierdzają Frąckowiak i Korycik. Dochodzenie policyjne trwa i nawet gdyby okazało się, że np. to funkcjonariusze BOR dopuścili się kłusownictwa, to i tak nie wiadomo, czy ponieśliby konsekwencje służbowe.

- Polują poza pracą. To ich hobby. Nic nam do tego, ale i tak przyjrzymy się tej sprawie uważnie - zapowiada kapitan Dariusz Aleksandrowicz, rzecznik prasowy Biura Ochrony Rządu.

Koliber ma swój obwód łowiecki obok Turska od początku istnienia koła. I na tym wyznaczonym obszarze myśliwi mogą polować. Wchodząca w skład obwodu ziemia wciąż należy m.in. do rolników, a lasy to własność państwa. Łowczy w zamian za to, że mogą z nich korzystać, wypłacają odszkodowania za szkody czynione przez zwierzynę leśną czy podczas polowań. Także dokarmiają zwierzęta i dbają o wielkość populacji.

Kłusownicy

Marian Wilczewski - łowczy okręgowy Polskiego Związku Łowieckiego w Słupsku

- W żadnym wypadku do polowania nie można używać sztucznego oświetlenia. Szczególnie chodzi tu o moment oddawania strzału. Nie wolno też tropić zwierzyny z użyciem oświetlenia. Myśliwi nie powinni dobijać zwierząt z pomocą światła, bo zawsze w takich przypadkach zachodzi podejrzenie, że to nie jest drugi strzał. O sprawie z Turska słyszałem. Sądzę, że zarzuty nie powinny być kierowane do myśliwych z koła Koliber - w ostatnim czasie dostałem sygnały, że na ten teren powrócili kłusownicy. To oni polują z użyciem szperaczy, a samochody też mają z najwyższej półki. Kłusownik to już nie osoba, która jedzie do lasu po zwierzynę starym żukiem.

6540 ha - taka jest powierzchnia obwodu łowieckiego koła Koliber Warszawa w okolicach wsi Tursko.

4523 ha - tyle zajmują lasy w obwodzie łowieckim koła Koliber. Reszta to pola.

40 członków - liczy Koło Łowieckie Koliber Warszawa. Trzech z nich to czynni funkcjonariusze BOR. Reszta to policjanci, emeryci i biznesmeni.

Mateusz Węsierski

www.naszemiasto.pl/pies

Zgłoś swój pomysł na artykuł

Więcej w tym dziale Zobacz wszystkie